Jedno z kluczowych pytań, które zadaję kobietom w drugiej połowie życia podczas naszych rozmów, brzmi: „Jak to nazwiesz?”
Często odpowiedź wydaje się prosta, przecież ja to wiem, więc powinnam umieć to nazwać. Jednak moje doświadczenie pokazuje, że po takim pytaniu często zapada cisza lub pojawia się stwierdzenie: „Ale jak to nazwać?”.
Nie dlatego, że ta kobieta nie wie, co czuje, co się dzieje, co ją uwiera i domaga się uwagi.
Zobaczmy konkretny przykład.
Spotykam dojrzałą kobietę, która wie i czuje, że od dawna coś jej nie pasuje, męczy, zabiera energię. Ma jednak trudność ze znalezieniem odpowiedniego słowa, żeby to nazwać i mówi: „Jestem zmęczona.”
I czasem rzeczywiście może chodzić o zwykłe fizyczne zmęczenie. Ciało nie daje rady pociągnąć dalej. Szwankuje kręgosłup, bolą nogi, migreny powracają jak bumerang.
Często jednak pod tym jednym słowem kryje się nie tylko to fizyczne zmęczenie, ale przeładowanie obowiązkami, rozczarowanie relacjami, brak decyzyjności, uporczywa samotność, nieprzepracowany żal, wypalenie zawodowe, różnorodne lęki. Spotykam się z tym, że często to jest poczucie, że nie stawiam: innym granic a siebie na pierwszym miejscu w moim życiu.
Jedno zdanie. Niby jasne, zmęczona i tyle.
Ale kiedy mamy bezpieczną przestrzeń, aby przyjrzeć się temu głębiej, to widzimy więcej. I zaczynamy to nazywać. A jak nazwiemy, to dopiero możemy coś z tym zrobić.
Bo kiedy „jestem zmęczona” to być może:
- moje ciało nie nadąża już i potrzebuję zwolnić i zacząć je uzdrawiać, a nie nalepić plasterek w postaci szybkiego masażu w przelocie w galerii,
- mam za dużo obowiązków i potrzebuję je z kimś podzielić, a nie brać na siebie kolejne nowe, bo kto to zrobi lepiej niż ja,
- czuję się samotna i potrzebuję wyjść do ludzi, a nie spędzać kolejne godziny przed telefonem w nadziei, że „ktoś się trafi”,
- moja relacja z mężem jest już tylko układem operacyjno-logistycznym i potrzebuję na nowo odkryć, co tak naprawdę nas łączy, a nie po raz kolejny machnąć ręką, bo przecież „on taki już jest”,
- jestem kompletnie wypalona w pracy i potrzebuję przemyśleć dalszą ścieżkę zawodową, a nie iść na kolejne szkolenie motywacyjne,
- nie mam poczucia sensu w życiu i potrzebuję wreszcie to w sobie odkryć, a nie powtarzać, że przecież większość ludzi tak ma w tym szalonym świecie,
- bliscy nie doceniają tego, co robię dla nich i potrzebuję zacząć głośno im o tym mówić, a nie tylko wyżalić się koleżance przy lampce wina.
Transparentne i szczere nazwanie rzeczy prowadzi do właściwych rozwiązań i adekwatnych działań.
Dlatego warto się zatrzymać, zamiast od razu coś naprawiać. Warto znaleźć najpierw to jedno właściwe słowo.
Zapraszam Cię dziś do pewnego ćwiczenia.
Zapytaj się siebie:
- O czym tak naprawdę jest to moje zmęczenie, wypalenie, czy frustracja?
- Co konkretnie mnie uwiera i męczy?
Nazwij to coś „po imieniu”.
A jak już nazwiesz, to przyjrzyj się temu dokładnie.
Zobacz, co dziś z tym robisz a potem pomyśl, co tak naprawdę chciałbyś z tym zrobić?
Kiedy w pracy z dojrzałymi kobietami one zaczynają coś nazywać, a ja to potem tylko powtarzam (odzwierciedlam), są czasem zaskoczone i ze zdziwieniem pytają: „Ale czy ja to na pewno powiedziałam?”.
Nasze rzeczywiste problemy stają się mniej straszne, jak je dokładnie nazwiemy i przyjrzymy się im z pewnego dystansu. Wtedy naprawdę zobaczymy, co konkretnie wymaga naszej uwagi.
Świadomość jest początkiem zmiany.
Czasami właśnie od jednego właściwie nazwanego słowa, zaczyna się ta największa i najbardziej potrzebna nam zmiana w naszym życiu.